Polski "Star Trek" - Kajtek i Koko w Kosmosie 1 "Zabłąkana rakieta" - recenzja [Komiksy dla wszystkich]

Od wielu lat fani kosmicznej epopei Janusza Christy wierzyli, że kiedyś w końcu ukaże się pełna kolorowa edycja Kajtka i Koka w Kosmosie. Teraz istnieje wielka szansa, że to marzenie się spełni, bo właśnie do sprzedaży trafił pierwszy tom pełnej kolorowej edycji tego komiksu. Jednak trzeba postawić pytanie - czy w ostatecznym rozrachunku Egmont stanął na wysokości wydania, czy może komiks jest bublem jak niektóre ostatnie tytuły wydawnictwa? Odpowiedź nie jest jednak za prosta.


Gdybym miał wskazać najważniejsze dzieło w dorobku Janusza Christy to wybrałbym Kajtka i Koka w Kosmosie. Może nie najśmieszniejszy, może nie najlepiej narysowany komiks, ale na pewno jest to niezwykle ciekawy komiks będący kopalnią niewiarygodnych pomysłów, którymi można by obsypać kilka powieści SF. Komiks będący efektem czteroletniej pracy (1968-1972) mistrza z Sopotu, złożony z 1270 pasków. Dzieło niezwykle, nawet jak na skalę europejską, które przez wiele lat znali jedynie czytelnicy z okolic Trójmiasta. Historia wieńcząca dekadę przygód Kajtka i Koka w Wieczorze wybrzeża.
Pierwszy tom nowej edycji, czyli Zabłąkana rakieta, zawiera pierwsze 90 stron epopei Janusza Christy. Komiks rozpoczyna się tak jak kolejna przygoda Kajtka i Koka, od telefonu od prof. Kosmosika, który prosi dwóch marynarzy o udział w badaniach, które ostatecznie okazują się być wyprawą kosmiczną. W kosmosie, a dokładnie w gwiazdozbiorze Oriona, bohaterowie muszą się zmierzyć z różnymi przeciwnościami - z zabójczymi roślinami, dziwnymi falami, a pewnie też z kosmitami.
Początek Kajtka i Koka w Kosmosie idealnie pokazuje, że przynajmniej z początku Christa nie miał jakiegokolwiek pomysłu co zrobić z bohaterami. Pomysł na stworzenie serialu dziejącego się w kosmosie powstał prawdopodobnie z powodu trwającego ówcześnie wyścigu kosmicznego pomiędzy ZSRR, a USA. Z tego powodu kilkanaście pierwszych stron albumu to zwyczajne perypetie Kajtka i Koka na Ziemi. Nic nadzwyczajnie śmiesznego, ani ciekawego. 
Ciekawiej zaczyna się robić, kiedy bohaterowie w końcu wyruszają w kosmos, choć dla mnie punktem przełomowym jest scena z kosmiczną zarazą, która jest pierwszą naprawdę ekscytującą sceną w komiksie. Od tego momentu historia zaczyna być porządnym SF, bardziej skupionym na akcji, eksploracji, przygodzie oraz tajemnicy niż humorze, którego i tak jest sporo. Choć opowieść zawarta w pierwszym tomie nie zależy do moich ulubionych części cyklu, to zarówno sceny na tajemniczej planecie z budowlami mi się zawsze bardzo podobały, jak i te rozgrywające się na planecie z jaskiniowcami. Pierwsze za mrok, tajemniczość, a drugie za sporą dawkę komedii z udziałem Koka. 
Co warte zaznaczenia, według mnie najlepsze fragmenty Kajtka i Koka w Kosmosie w ogóle się nie postarzały, ponieważ jest to kawał porządnego ponadczasowego SF. Uwielbiam czytać epopeję Christy tak samo jak nadal od czasu do czasu oglądam odcinki klasycznego Star Treka. Przy czym komiks Christy podoba mi się bardziej z dwóch powodów - znacznie mniej się zestarzał we warstwie graficznej i jest znacznie bardziej skomplikowaną historią. W Star Treku każdy z odcinków trwał 45 minut i był całkowicie zamkniętą historią, natomiast w Kajtku i Koku w Kosmosie Christa łączy wiele świetnych historii SF w jedno dzieło, a przy okazji cały czas opisuje losy bohaterów w gwiazdozbiorze Oriona, a także opowiada o rasie Orionidów.
Komiks Christy zachwyca też rysunkami, które są ciekawym połączeniem disnejowskiej kreski z dodaną odrobiną realizmu. Twórca także doskonale przedstawia wszelkie fantastyczne lokacje i ich mieszkańców. Najbardziej mnie w Kosmosie zachwyca to, że Christa tworzył go tydzień w tydzień, a mimo to trudno w nim znaleźć jakieś uproszczenia graficzne czy paski narysowane na szybko z powodu goniącego terminu.
Jednak trzeba zadać sobie pytanie: Czy kolor jest wartością dodaną dla komiksu? Według mnie tak, choć pewnie wiele zalet wynika też z większego formatu. Czytając czarno-białe wydanie czułem, że podczas lektury tracę wiele szczegółów, ponieważ przez niewielki format i brak kolorów często nie dostrzegałem wielu szczegółów. Choć kolory aż tak dużo nie wnoszą, to spełniają jedną funkcję - wyróżniają bohaterów względem tła. Dzięki temu komiks wygląda znacznie przejrzyściej, a czytelnik może się skupić nie tylko na bohaterach, ale też na innych szczegółach.
Szkoda tylko, że kolorowanie posiada pewną sporą wadę jaką są różnice pomiędzy kadrami pokolorowanymi przez Christę, a tymi pokolorowanymi przy tworzeniu tej edycji. Christa komiks kolorował ręcznie, co powodowało, że powierzchnie nie były pokolorowane równo, a w szczególności ciemne tła przypominały rysunki pokolorowane pastelami. Natomiast kolory na kadrach pokolorowanych przez Salamońskiego są płaskie, z lekko tylko dodaną morą. Co gorsza, na niektórych planszach można znaleźć gradienty, które nawet z oddali wyglądają na zrobione na komputerze. Oba sposoby kolorowania mi się podobają, lecz bardzo mi przeszkadza, że następujące po sobie kadry są pokolorowane zupełnie innym sposobem.
Dwa pozostałe problemy są niewielkie i w sumie nie dotyczą kolorów, lecz pewnych wad, które zostały skopiowane z wydania z 2012 roku. Pierwszą z nich jest tekst w kadrze 4., na stronie 29., który, w przeciwieństwie do reszty komiksu, został przepisany i wpisany czcionką zupełnie odmienną od kroju pisma Christy. Nie rozumiem decyzji, szczególnie że w ostateczności zawsze można było wpisać tekst litera po literze kopiując litery z innych kadrów.
Inny problem dotyczy całej końcówki albumu, a wynika on z tego, że na potrzeby wcześniejszej kolorowej edycji Christa przerysował kilkadziesiąt pasków. W wydaniu z 2012 roku przywrócono oryginalne paski, przy czym, z powodu braku materiałów, część z nich została wydrukowana w dość słabej jakości. Nowe wydanie kopiuje czerń z pełnego wydania, a kolor z pierwszej kolorowej edycji. Efekt jest dość średni, szczególnie w przypadku pasków w słabej jakości, a czasem zdarzają się drobne przesunięcia kolorów wynikające z różnic pomiędzy oryginalnymi paskami, a przerysowanymi. Wolałbym już edycję nie w 100% oryginalną, lecz zawierającą paski w lepszej jakości.
Nie do końca pasuje mi też pionowy format wydania, rozumiem że wynika on z chęci wydania komiksu w podobnej edycji co Kajtka i Kokosza, lecz sam wolałbym wydanie w poziomym układzie. Wówczas paski mogłyby się ukazać w całości, a nie podzielone na dwa rzędy. Pomijając to, komiks został naprawdę porządnie wydany, w formacie A4, a nie B5 jak czarno-białe wydania Kajtków.
Pierwszy tom kolorowego wznowienia Kajtka i Koka w Kosmosie przedstawia czytelnikowi początek sagi, który choć początkowo jest średnio ciekawy, to wraz z kolejnymi stronami motywy SF zaczynają wybijać się, a Christa tworzy coraz to bardziej skomplikowaną historię z wieloma zwrotami akcji. Według mnie jest to idealny moment by przedstawić kosmiczną epopeję dzieciom, a także wszystkim, którzy wcześniej nie mieli odwagi zmierzyć się z 700-stronicowym czarno-białym kolosem. Jednak kolorowanie komiksu jest co najwyżej średnie i jeżeli ktoś nie odczuwa wielkiej potrzeby zapoznania się z kolorowym Kosmosem, bez problemu może pozostać przy wcześniejszym wydaniu.

Ocena tomu: 7,5/10 (w tym kolory 5/10)

Dziękujemy wydawnictwu Egmont Polska za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Kajtek i Koko w Kosmosie 1 - Zabłąkana rakieta
Data premiery: 18 maja 2018, liczba stron: 96, cena okładkowa: 39,99 zł, format:  A4, scenariusz i rysunki: Janusz Christa, kolorowanie: Janusz Christa i Arkadiusz Salamoński, wydawnictwo: Egmont, ISBN 978-83-281-3568-0 

Przykładowe strony:
źródło ilustracji: materiały prasowe - Egmont Polska/materiały własne

Komentarze